lut 17 13

Szpitalne tętno… życia…

Angel
hospicjum1a

Ostatnie lata bogate były (i są nadal) w polemikę ukierunkowaną na służbę zdrowia: prosperowanie naszych szpitali, czy wreszcie cały proceder formalno-legislacyjny odwołujący się do procedury refundacyjnej leczenia. Instytucjonalizm „medyczno-pomocowy” (ale czy zawsze leczniczy i w jakich kategoriach uzdrawiający?!) i wzburzone dyskusje, pozornie pro-zdrowotne, zdołały wywoływać mało przekonującą, społecznie akceptowalną aprobatę poczynań naszego rządu, czy bardziej precyzyjnie, jego ministerialnych „dykasterii”. Apeluję o spokój. Nie będzie tutaj mowy o polityce, ani nie podejmę się przedłożenia nowatorskiego programu naprawy polskiego systemu opieki, lecznictwa, czy wywindowania na szczyty popularności społecznej i światowo-uniwersyteckiej ”narodowej medycyny”, czy wreszcie promowania naszej „charyzmatycznie oddanej pacjentowi” służby zdrowia.

Chciałbym w atmosferze trwającego wielkiego postu zaproponować nieco inne „zamyślenia”, może nie tyle polemikę merytorycznych argumentów, co raczej refleksję o tych, którzy cierpią, którzy czekają na swój codzienny „cud”, ale nie sprowokowany uzdrowieniem polskiej służby zdrowia , ale na „cud” choćby pozornego zrozumienia sensu cierpienia i „cud” obecności bliskich, czasami nieznajomych (paradoksalnie – relacyjnie, emocjonalnie dalekich – ale przez obecność, bliższych aniżeli niekiedy biologiczna rodzina), którzy pomogą uwierzyć, że warto walczyć o każde „dziś” i „jutro”, że zmaganie o kolejne uderzenie serca i wyczuwalne tętno nie jest już tylko jego prywatną sprawą, organicznym, biologicznym barometrem życia, który wyznacza ludzka natura, ale owo tętno bijącego serca jest wyczekiwaną afirmacją życia nie tylko dla samego chorego, ale dla tych, którzy go odwiedzają, dla tych, którzy czekają na jego powrót, bo wiedzą, że jest im potrzebny, bo szczerze za nim tęsknią, bo na chwilę obecną nie wyobrażają sobie egzystowania bez obecności kogoś, kto jest im bliski, kogoś, kto wypełnia codzienność nie z konieczności, ale w poczuciu nieopisanej i niewypowiedzianej do końca potrzeby. Potrzeby obecności, dającej poczucie bezpieczeństwa, życiowego azylu, przystani codzienności.

Szpitalne korytarze pełne są zabiegania, z pozoru chaotycznych, ale w gruncie rzeczy bardzo precyzyjnych, skrupulatnie zaplanowanych poczynań personelu medycznego. Przemierzając szpitalne korytarze, raz po raz, dostrzegamy „tupot” zabieganych pielęgniarek, szeleszczące, „foliowane pantofle” odwiedzających bliskich, czy wreszcie bardziej sprawnych, próbujących dowiedzieć się czegokolwiek o swoim stanie zdrowia pacjentów. W gąszczu bieganiny przedziera się, od czasu do czasu, dzwonek ze szpitalnej sali, bo ten, czy tamta nie może sobie samodzielnie poradzić, bo coś boli… Słychać także, dla tak wielu przeraźliwy, odgłos aparatury medycznej. Monitoring bijącego serca, precyzyjnie „wystukujący” miarowe lub rozszalałe tętno, wizualizacja ciśnieniowego strumienia życia, zamknięta w już nie tak tajemniczych cyfrach, nawet dla pozornego przechodnia. Dla niektórych to wyrocznia, dla innych medyczna procedura, dla jeszcze bardziej ciekawskich szczyt ludzkiej techniki. Wszystko tętni, pracuje… Cały czas mierzone. Ale jaką miarą? Czy faktycznie miarą życia? Jakiego życia?

f7a3851452aea0555da3798f845950ac,62,37

Tętni, bije… przede wszystkim serce chorego. Bije nie tyle dla samej służby szpitalnej (każdej osoby pracującej na oddziale), nie tyle dla udowadniania ważności i sprawności aparatury medycznej, ale przede wszystkim pulsuje dla niego samego, ale i dla nas: rodziny, spokrewnionych, przygodnych przybyszów, onieśmielonych wolontariuszy.

Może warto w wielkim poście pomyśleć nieco inaczej o chorym, nie tylko w kategoriach szpitalnej opieki, roszczeń wobec służby zdrowia, ale o szansie na wsłuchanie się w bijące serce wystukujące rytm życia, czasami zbolałego, niezrozumiałego, może w obecnej chwili zalęknionego.

Zachęcam, doświadczony odejściem bliskich chorych (chorego), wpatrzony z podziwem w zaangażowanie służby zdrowia, niekiedy przerażony głośniejszą, niż z pozoru mogłoby się wydawać aparaturą pomocową, do usłyszenia bijącego serca pacjenta, chorego (starszego czy młodszego), które chce „wystukać” coś innego niż jedynie informację o ilościowej i jakościowej sprawności serca…

Szpitalne tętno żyje nie tylko dzięki sercu chorego (możesz go nazywać pacjentem), ale i także dzięki Twojemu biciu serca. Odwiedź chorego/potrzebującego, a nie szpital, odwiedź nawet nieznajomego… abyś usłyszał swoje tętno, pozwalające zobaczyć siebie nie przez monitoring aparatury, ale urzekającą i szczerą bliskość „drugiego”. Czując własne tętno bezcennej dla chorego obecności, zasłuchaj się także w bicie jego serca, bicie jakże odmienne od tego na ekranie monitora. W tej chwili twojej obecności wierz, że już spełnił się cud… może nie uzdrowienia z choroby, ale z pewnością z samotności…

Ks. J. Sz.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress