lis 2 12

O pomocy chrześcijańskiej… nieco inaczej…

admin
krzyz-niebo-wiara-kosciol-fot-d2n2-lic-CC

W zakończonym niedawno 68 Tygodniu Miłosierdzia (7 do 14 października) 2012 r. zwracaliśmy szczególną uwagę na Kościół jako dom miłosierdzia (hasło tygodnia miłosierdzia: „Kościół domem miłosierdzia”). Wszelkimi dostępnymi środkami przybliżaliśmy wiernym poczynania zainspirowane, kontynuowane, bądź planowane przez różne instytucje chrześcijańskie, w tym Caritas. W przekazywanych folderach informacyjno- promocyjnych, wspominano o wielu ośrodkach, kuchniach, noclegowniach i innych domach, zakładach służących dobru ludzi potrzebujących.

Po głębszych przemyśleniach, warto sobie zadać dość istotne pytanie „Dlaczego kojarzymy pomoc chrześcijańską w wielu przypadkach z dziełami świadczonymi przez Instytucję, a więc ujmujemy ją przedmiotowo, materialnie i instytucjonalnie?; Jak często i dalece w uzurpowanej „władzy” ludzie, urzędy, media, prasa, będą pytać i rozliczać nas jedynie z tego co materialne, monumentalne, niemal widowiskowe?”

Chyba każdemu z nas towarzyszy, nazwijmy to „po imieniu”, pokusa działania, tworzenia, zobiektywizowania dzieł twórczych człowieka, a nie kształtowanie tego co najbardziej istotne, owej wyobraźni miłosierdzia, spojrzenia, które nie tylko widzi potrzebę, ale całego człowieka, działania które nie wznosi się na wyżyny koncernów produkcyjnych, lecz daje sposobność do małych kroków na drodze czynnej miłości. A co z wezwaniem do służby, charytatywnym odkrywaniem chrześcijańskiego powołania?! Oczywiście nie idzie mi tutaj o kwestionowanie strony zewnętrznej dzieł, mozolnie przygotowywanych i realizowanych latami przez wielu wrażliwych ludzi, wolontariuszy i dobroczyńców. Chyba jednak czasami warto też pomyśleć o innej „Caritas”- miłości chrześcijańskiej, tej zamkniętej w przestrzeni ludzkiego serca, oddychającej chrześcijańskim dobrem i wezwaniem Chrystusowego zatroskania o biednych i potrzebujących; o tej „Caritas” wydobywającej się z przerażonego, pełnego bólu, a może i rozpaczy, wołania ludzi chorych, cierpiących, niepełnosprawnych, bezdomnych, zupełnie podobnie i bez przesadnej metafory jak Chrystusowe „Pragnę” z krzyża…

Ludziom, których napotykamy na co dzień potrzeba czegoś więcej (pisząc czegoś więcej nie mam na myśli zaniedbywania tego co równie istotne, a więc szeroko rozumianej bazy lokalowej) niż jedynie mieszkania, kuchni dla ubogich, schronisk. Potrzeba im przekonania, głębokiego przeświadczenia, które nabędą właśnie od nas-chrześcijan, ze jesteśmy im bliscy, współuczestniczymy w ich dramacie życia, umiemy i chcemy poświęcić im odrobinę czasu, uwagi, uśmiechu. Tak naprawdę, coraz bardziej człowiek stygmatyzowany cierpieniem, niepełnosprawnością, odrzuceniem, poszukuje zrozumienia, modlitwy, a nie jedynie informacji, noclegowni, gdzie może „spokojnie” skłonić głowę.

W imię pozornego bezpieczeństwa, a i również w poczuciu społecznego i moralnego obowiązku „kierujemy” wielu do Instytucji. Tymczasem, nasze „Caritas”, rozgrywa się na płaszczyźnie rozumu i serca, w głębi naszego człowieczeństwa. Trzeba kształtować ludzkie „caritas”- miłość, która jest cierpliwa, łaskawa, która nie zazdrości, nie unosi się gniewem, nie szuka swego.

Szczere kroczenie drogą chrześcijaństwa powinno zapalać w nas ducha otwartości, zaangażowania na to co dzieje się w mojej rodzinie, sąsiedztwie, parafii. Gdzieś, może dwa numery dalej od mojego miejsca zamieszkania, jest kobieta sparaliżowana. Przecież można jej pomóc…zrobić składkę, zaproponować hospicjum. Tak, ale równie dobrze, zamiast jedynie doradzać, można i chyba w pierwszej kolejności-„ trzeba!” podejść i odwiedzić, spojrzeć głęboko w oczy, zadumać się nad jej cierpieniem. Czyż nie będzie bardziej wychowawczo?  A może to właśnie ja zobaczę spływającą łzę, będącą znakiem komunikacji , wdzięczności, wstawienniczego cierpienia dającego mi Boże błogosławieństwo. Być może są i samotni, w wigilijną noc spoglądający w okno i wyczekujący „obiecanego” już od dzieciństwa nie zapowiadanego gościa. A on nie przychodzi. Dostrzega jedynie migoczące światełka sąsiedniego domostwa, ucieszoną rodzinę, dobiega głos kolęd. Nikt nie przychodzi. A i nawet zjeść nie ma co…a na moim stole, tak wiele, tak syto, tak nie do przejedzenia…Gdzieś może…jest wielu innych ludzi, którzy wiedzą że istnieją instytucje pomocowe: ze są Domy Pogodnej Starości, Warsztaty Terapii Zajęciowej, Kuchnie dla ubogich, ale jak do tej pory nie wiedzą że jesteś „ty”!- chrześcijanin, który może z czasem dla niech stać się błogosławieństwem, stać się całym ich życiem.

Ks. Jan Szleąg

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress