kwi 25 13

Miłości można się nauczyć

Angel
alone

Pomocy innym ludziom trzeba się – tak jak każdej rzeczy – nauczyć. Pomoc musi być trafiona, konkretna – nie może być tylko zaspokajaniem naszej gorliwości. Dlatego trzeba się wiele dowiedzieć o drugim człowieku. Ta wiedza rozszerza nasze horyzonty. Obala wiele przesądów i mitów, którymi zaśmiecona jest nasza wyobraźnia. Trzeba nam poznać trudy ich codziennego życia.

Trzydzieści lat temu stałem jako turysta na kalkuckiej ulicy, patrząc na ludzi, którzy w upale ciągnęli biegiem riksze z siedzącymi w nich innymi ludźmi. Iluś spośród tysięcy rikszarzy codziennie umierało z przepracowania w tym koszmarnym upale na zawał serca. Krępowałem się wsiąść do ludzkiej rikszy, bo nie pasowało to do mojego obrazu świata. Widziałem też ciągnące się kilometrami wzdłuż wielu ulic slamsy sklecone z kawałków blachy i tektury, w których żyły całe rodziny. Najwięcej było wśród nich wychudzonych i brudnych dzieci. Widziałem je, jak grzebały w dużych górach śmieci. Kalkuta to również całe dzielnice zamożnych domów i drapaczy chmur. Czytałem właśnie, stojąc na kalkuckiej ulicy, gazetę informującą, że Indie wysłały w Kosmos pierwszego swojego satelitę, gdy koło mnie przeczołgał się mężczyzna o bezwładnych nogach. Pamiętam pytanie, które wtedy samo się narzuciło: „Po co latają w Kosmos, skoro nie potrafią okazać serca ludziom tutaj, na Ziemi? Dlaczego tyle jest w świecie niesprawiedliwości?”.

Spotkanie z Matką

Właśnie w Kalkucie spotkałem osobę, która pomogła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Odpowiedź okazała się być bardzo prosta: skoro odczuwasz głód sprawiedliwości, zażądaj sprawiedliwości przede wszystkim od siebie. Osobą tą była Matka Teresa. Trafiłem do niej jako zwykły turysta, kierując się po trochu ciekawością, ale też wypełniając sugestię ks. Bronka Bozowskiego, który wiedząc, że będę w Kalkucie, poradził mi zawieźć Matce pierwszą książkę o jej pracy wydaną wtedy w Polsce. Spotkanie z Matką było bardzo łatwe. Jej zgromadzenie było otwarte nawet na takich przypadkowych turystów jak ja. Trafiłem do Nirmal Hriday – Domu Czystości, niesłusznie nazwanego w Polsce umieralnią. Owszem był to dom dla umierających zebranych z ulicy. Przywożeni byli po to, by mogli umierać w warunkach godnych człowieka. Nazwanie takiego miejsca umieralnią było z gruntu niesłuszne. Po przywiezieniu pacjenci, bo tak ich tu nazywano, byli myci, dostawali łóżko, jeśli to jeszcze było możliwe, otrzymywali najprostszą opiekę medyczną, a przede wszystkim ktoś ich w chwili śmierci trzymał za rękę. Niektórych udawało się jeszcze uratować. A jeśli nie, to w ostatnich chwilach życia byli uszanowani. I to było najważniejsze. W Nirmal Hriday pracować mógł każdy, posługiwali w nim obok sióstr wolontariusze z różnych krajów i różnych wyznań i religii. Istota tego domu wyrażała się jednak czytelnie przez treść małej tabliczki umieszczonej w miejscu, gdzie myto osoby przywiezione z ulicy. Na tabliczce tej były tylko dwa słowa: Body of Christ, czyli: „Ciało Chrystusa”. Atmosfera tego domu wywarła na mnie większe wrażenie niż dziesiątki wysłuchanych kazań o potrzebie kochania.

„Maitri”

Kiedy po dwóch tygodniach wykonywania prostych prac w Nirmal Hriday i innych domach sióstr w Kalkucie wracałem do Polski, niosłem w sobie potrzebę zrobienia czegoś dla tych ludzi, wśród których byłem. Nie miałem jednak żadnego planu ani pojęcia, jak mógłbym się do tego zabrać. S. Anand – z wykształcenia lekarka, z pochodzenia – Niemka, wypisała mi na pożegnanie listę potrzebnych leków, ale nie bardzo wiedziałem z początku, co z tym mam zrobić. Polska wtedy, rządzona przez komunistów, była w znacznym stopniu odizolowana od reszty świata. Polski Kościół skupiony był na obronie swojego istnienia, a wyjazdy były ograniczone. Przyszła jednak dla mnie zupełnie nieoczekiwana odpowiedź. Wystarczyło, że gdziekolwiek wygłosiłem prelekcję, w szkole lub w kościele, o tym, co widziałem, a jak spod ziemi pojawiali się ludzie zainteresowani pomaganiem, wiele osób przekazywało dary rzeczowe i pieniężne. Tak powstał nasz Ruch, który z czasem przyjął nazwę Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata – „Maitri”. Początkowo nie wiedzieliśmy nawet, że tak można nazwać to, co robiliśmy. Czuliśmy wspólnotę myślenia i działania. Doświadczyłem wtedy namacalnie obecności Ducha Świętego. Mam pełną świadomość, że nie realizowałem żadnego swojego planu. Wręcz przeciwnie, byłem często przymuszany zewnętrznymi okolicznościami do rezygnacji z wielu zwykłych życiowych atrakcji, wakacyjnych wyjazdów, różnych przyjemności, które niesie ze sobą młody wiek. Niesienie pomocy wymagało wiele pracy, czasami żmudnej i nieatrakcyjnej. Sił i energii dodawała nam świadomość uczestniczenia w łańcuchu ludzi dobrej woli. Czuliśmy się ważnym ogniwem tego łańcucha. Słowa Matki Teresy: „Razem zróbmy coś pięknego dla Boga” były dla nas bardzo pociągające.

Poznaliśmy też osoby w Polsce, które w tamtych trudnych czasach zaczęły przebijać się różnymi sposobami przez mur zakazów, żeby nieść pomoc ludziom w Afryce i w Azji. Chciałbym tu wymienić niezwykłego jezuitę ks. Czesława Białka z Poznania, który sam poruszając się na wózku, wysyłał pierwsze skrzynie z pomocą do Zambii. Potem dr Halinę Koperską, w czasie Powstania Warszawskiego sanitariuszkę AK na Powiślu, która założyła Towarzystwo Przyjaciół Dzieci Hinduskich i z niespożytą energią na zmianę pracowała wśród dzieci w Indiach i organizowała dla nich pomoc w Polsce. I jeszcze prof. Teresę Rutkowską, pianistkę, która koncertowała w wielu krajach, przekazując swoje dochody na rzecz trędowatych w Indiach. I jeszcze pallotyna, ks. Stanisława Kuracińskiego, niezmordowanego organizatora pomocy dla wielu zgromadzeń misyjnych w różnych krajach. To właśnie z nim nasz Ruch rozpoczął Adopcję Serca w środkowej Afryce po okrutnej rzezi w Rwandzie.

 Pociągająca moc miłości

Najbardziej wyrazistą naszą nauczycielką pozostała jednak Matka Teresa. Z naszego Ruchu poznało ją osobiście najwyżej ze sto osób. Jedne osoby w Indiach, inne w Polsce, kiedy tu przyjeżdżała. Poznanie jej osobiste nie było jednak niezbędne. Jej przykład urzekł wiele osób, które jej na oczy nie widziały. Wystarczyło im poznać myśli Matki i opis jej życia. Matka Teresa była wielką chrześcijańską myślicielką. Nie była uczoną w sensie studiów i tytułów. Natomiast jej myśli miały głębię biblijnych przypowieści. Wcześniej przez lata była ona w Kalkucie dyrektorką ekskluzywnej szkoły dla bogatych dziewcząt. Szkoły katolickie do dziś w Indiach uważane są za najlepsze. Sukcesy pedagogiczne dyrektorki były głośne nawet poza Indiami. Wyobraźcie sobie, że zrezygnowała z tej posady i poszła pracować do kalkuckich slamsów. Stała się przy tym rzecz niewyobrażalna – poszła za nią część jej uczennic! W tym dziewczęta z domów hinduistycznych. To nam mówi o tym, jaka więź była między dyrektorką a jej uczennicami. To się nazywa pociągająca moc miłości. Siostry Matki Teresy modlą się codziennie modlitwą kard. Newmana, w której mówi się o miłości, że ma być szerzona „nie słowami, lecz przykładem, pociągającą mocą życzliwego działania”. Muszę powiedzieć, że na naszej drodze spotkaliśmy wiele osób, które miały w sobie taką właśnie moc. I tego życzę każdemu czytającemu te słowa.

W tej rezygnacji Matka Teresa była też wierną uczennicą (jeśli tak można się wyrazić) swojego Nauczyciela, czyli Jezusa. W ludzkim rozumieniu jej rezygnacja to jakby zejście w dół drabiny społecznej. Od bogatych i dobrze się mających do biednych i opuszczonych. Nie żadne „pochylanie się nad” biednymi, tylko zejście pomiędzy nich. Łatwo zauważyć, że naśladowała w tym Jezusa, który na początku „nie skorzystał ze sposobności, żeby na równi być z Bogiem”, ale stał się człowiekiem, takim jak my. Zszedł pomiędzy nas. Jakby tego nie wystarczyło, przystawał nie z wielkimi tamtych czasów, ale właśnie z tymi „gorszymi”. Gorszymi zarówno pod względem materialnym, ale także i moralnym. I jakby tego jeszcze było mało, wydał się w końcu na śmierć jako zwykły przestępca. Na koniec oddał swoje Ciało pod postacią Chleba, powierzając się człowiekowi. Taki jest Nauczyciel Matki Teresy. To jest też nasz Nauczyciel. Trudno nam jest być Jego uczniami w świecie, w którym króluje reklama i trzeba umieć się pochwalić lub dobrze sprzedać. Jeśli jednak poczujemy w sobie pociągającą moc życzliwego działania dla innych, to nic nas nie zatrzyma. Szczęście, którego człowiek doświadcza, kiedy obierze taką drogę, jest nie do odrzucenia. Jezus powiedział o tym: „królestwo Boże pośród was jest”. I to się sprawdza.

Dobro ukryte w człowieku

Pomocy innym ludziom trzeba się – tak jak każdej rzeczy – nauczyć. Pomoc musi być trafiona, konkretna – nie może być tylko zaspokajaniem naszej gorliwości. Dlatego trzeba się wiele dowiedzieć o drugim człowieku. Ta wiedza rozszerza nasze horyzonty. Obala wiele przesądów i mitów, którymi zaśmiecona jest nasza wyobraźnia. Trzeba nam poznać trudy ich codziennego życia. Trzeba, tak jak Wasz afrykański rówieśnik, iść po wodę nieraz kilometr lub dwa. Kilka kilometrów do szkoły i ze szkoły. I to wszystko w palącym słońcu. Zająć się swoim rodzeństwem. Zjeść raz dziennie. Odczuć brak perspektyw. Ale te wszystkie braki to nie jest cała prawda o człowieku. Muszę powiedzieć, że przez kontakty z ludźmi, którym pomagałem, i przez kontakty z ludźmi, którzy niosą pomoc innym, dowiedziałem się o tym, jak wiele dobra jest w każdym człowieku. Kiedy się pomaga innym, Dobra Nowina wraca do nas i podnosi nas na duchu. Owszem, świat jest pełen różnorakich potrzeb, ale jest też po brzegi wypełniony miłością. Czasami jej nie dostrzegamy, bo zło jest bardzo hałaśliwe i usiłuje zakrzyczeć miłość. Zachęcam Was, żebyście wzięli do ręki jakąkolwiek książkę z myślami Matki Teresy (czyli nie o niej, tylko z jej myślami). Ileż tam znajdziecie dobrych wiadomości! Okazuje się, że za zasłoną brudnych szmat są ludzie o bogatych sercach, że w tekturowych slamsach może mieszkać taka sama albo i większa miłość niż w naszych domach. Kiedy się o tym dowiemy, wtedy nasza pomoc powinna nabrać większego entuzjazmu. Bo miłość ma to do siebie, że szuka miłości w innych. Bo źródło naszej miłości jest wspólne, jest z Boga. Tego odkrycia Wam, Szanowne Czytelniczki i Czytelnicy „Rycerza Młodych”, życzę.

Pokój w imię miłości

Największym zagrożeniem miłości jest wojna. Ochrona miłości wymaga modlitwy o pokój. Jeśli jesteśmy uczniami Jezusa, to nie wolno nam nawet w myślach dopuszczać możliwości zabijania kogokolwiek. Szczególnym zagrożeniem dla pokoju jest zabijanie nienarodzonych dzieci. Matka Teresa powiedziała o tym: „Jeśli matka zabija swoje własne dzieci, to któż nas powstrzyma przed tym, żebyśmy nie pozabijali się nawzajem?”. Znany Wam jest może niezwykły ksiądz, Jan Zieja. Piszę niezwykły, gdyż był bardzo odważny. Między innymi był duszpasterzem Komendy Głównej AK w czasie Powstania Warszawskiego. Jego osoba jest ukazana w zbiorowej rzeźbie Powstania w Warszawie na Placu Krasińskich. Ów kapłan przykazanie „Nie zabijaj” – doprecyzowywał: „Nie zabijaj nigdy nikogo”. Będąc jeszcze kapelanem wojskowym w czasie wojny z bolszewikami w 1920 r., o mało co nie był aresztowany za swoje „pokojowe” kazania wygłaszane do żołnierzy. Walkę o pokój trzeba zacząć od siebie. Wojnę trzeba umieć zdusić przede wszystkim w samym sobie. Nasz Nauczyciel na krzyżu pokonał w sobie wszelką wrogość („On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość”). Dlatego nazwany jest Księciem Pokoju. Jeśli jesteśmy Jego uczniami, to nie możemy mieć ani jednego wroga! Uczmy się tej sztuki od Niego. Wspierajmy też pokój w innych. Siostry Matki Teresy codziennie modlą się o pokój na innym kontynencie. Możemy je pod tym względem naśladować. W Adopcji Serca wciąż ocieramy się o dramat wojny. Adopcję Serca rozpoczęliśmy po rzezi 1996 r. w Rwandzie, która pozostawiła po sobie niewyobrażalną liczbę 100 tys. sierot. Wciąż otrzymujemy smutne wiadomości z Konga, gdzie w prowincji Kivu zginęło też w ostatnich latach kilkoro naszych adoptowanych dzieci. Wciąż giną ludzie w Sudanie, gdzie kierujemy część naszej pomocy. Przeżywaliśmy cztery lata temu gwałty i morderstwa na chrześcijanach w stanie Orissa w Indiach. Tam właśnie przez lata działał polski werbista, ks. Marian Żelazek, który przyjaźnił się z hinduistami, nawet z najwyższym kapłanem świątyni w Puri. Mamy świadomość tego, że nienawiść jest obecna. Tym bardziej powinniśmy przeciwstawiać jej miłość. Nienawiść nie ma przyszłości, ma ją miłość. Miłości trzeba się uczyć. Ciągle się jej uczę. I Was do tego namawiam.

Jacek Wójcik, założyciel wspólnoty „Maitri”, która zajmuje się organizowaniem pomocy ubogim Trzeciego Świata

za: http://prasa.wiara.pl/doc/1525498.Milosci-mozna-sie-nauczyc

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress