Fundacja Pomocy Młodzieży im. św. Jana Pawła II WZRASTANIE | Jak On patrzył!
kwi 29 13

Jak On patrzył!

Angel
bar

– Nie zgadzam się! Ja, słynny aktor, mam grać taki epizodzik? Czy mogłem przypuszczać, że zakocham się w Jezusie od pierwszego wejrzenia? Że ta rola zmieni życie takiego hulaki jak ja? – opowiada Pietro Sarubbi, odtwórca roli Barabasza w „Pasji”.

Mel Gibson rozmawiał ze mną dwukrotnie – mówi Pietro Sarubbi. Proponował rolę Barabasza. Za każdym razem odmawiałem. Śmiechu warte. Taki epizod? Ja, wielki, ważny, włoski aktor miałbym grać tak małą rolę? I w dodatku nie pisnąć na planie filmowym ani słówka? „Nie! Chcę być świętym Piotrem!” – przekonywałem amerykańskiego reżysera. Kłóciliśmy się przez godzinę. „Będziesz Barabaszem” – odpowiedział Mel – potrzebuję twojego wielkiego gniewu na tę rolę. I zostałem Barabaszem. Kto by się spodziewał, że ta niewielka rola diametralnie zmieni życie takiego hulaki i egoisty jak ja?

Epizodzik

On ma taki styl. Zanim Pan Bóg zacznie wielką przygodę, zazwyczaj rozpoczyna od epizodów. Od stajni w Betlejem, imprezy w Kanie Galilejskiej… – Małą scenę z Barabaszem kręciliśmy trzy tygodnie. Normalnie film nagrywa się od 6 do 8 tygodni. Zdjęcia filmowe do „Pasji” trwały aż rok. U mnie wszystko zaczęło się od jednego spojrzenia – opowiada Pietro Sarubbi. Rozmawiamy w Łodzi, dokąd aktor przyleciał, by spotkać się z polską młodzieżą. – Jak się rozpoczęło moje nawrócenie? Dwóch aktorów popatrzyło na siebie. Pietro Sarubbi spojrzał na Jima Caviezela. Co się stało? Nie wiem! Wróciłem do hotelu i złapałem się za głowę: „Co się stało?”. Przymykałem oczy i widziałem nieustannie oczy Jezusa, które zadawały mi pytanie. Nie rozumiałem tego pytania. Nie, to nie mogło być spojrzenie aktora. Znam Caviezela od dawna, patrzyłem na niego wiele razy. Tym razem w jego oczach musiały zalśnić oczy samego Jezusa. On w tym momencie był Jezusem. Nie, nie dlatego, że na czas zdjęć rzucił palenie i picie. (śmiech) Był Jezusem! Oczekiwałem, że zobaczę przerażone oczy zdesperowanego człowieka, który idzie na śmierć. Myślałem, że spojrzę w twarz osoby wściekłej na mnie i pomstującej na niesprawiedliwość tego świata. Spotkałem spojrzenie pełne miłości. W tym spojrzeniu nie było niepokoju. Ta scena miała trwać kilka sekund, a ja patrzyłem w te spokojne, umęczone oczy ponad minutę. I, o dziwo, nikomu z ekipy filmowej to nie przeszkadzało! Gdy spuściłem wzrok, Mel Gibson krzyknął: „To jest to! O to mi chodziło!”.

Kochanie, chcesz dinozaura?

– Wróciłem do domu. Po skończonej pracy na planie filmu przyjechałem do Mediolanu. Wróciłem do dawnych przyzwyczajeń. Coś we mnie pękło. Mnóstwo pytań rozsadzało mi mózg, a ja nie potrafiłem tych pytań stłumić. Ruszyłem na głębię. To spojrzenie nie dawało mi spokoju. Uruchomiło we mnie jakiś gigantyczny lęk. Nie potrafiłem sobie z nim poradzić. Komu mam o tym opowiedzieć? Mamie? Żonie? Mam świadomość, że jako facet muszę dawać rodzinie poczucie bezpieczeństwa. Przecież we Włoszech mawiamy: „Kochanie, jeśli chcesz, zabiję dinozaura i przyniosę ci na talerzu”. Więc udawałem, że poluję na tego dinozaura, ale cały chodziłem. Czułem się nieprawdopodobnie samotny. Zdałem sobie sprawę, że choć mam wielu przyjaciół i znajomych, nie mam nikogo, komu mógłbym powiedzieć o czymś tak ogromnie ważnym i głębokim jak to, co przeżywam. Dopadły mnie jakieś irracjonalne lęki. Bałem się spać, bałem się ciemności. To spojrzenie wracało. Nie było w nim żadnych wyrzutów. Cienia oskarżenia. Łagodny, spokojny, gotowy na śmierć wzrok. W końcu skapitulowałem…

Czy te oczy mogą kłamać?

Powiedzmy sobie szczerze: mamy pretensje do tłumu. O to, że uwolnił jakiegoś zbrodniarza, a Jezusa wydał na śmierć. – Ale przecież to samo czynimy każdego dnia! Uwalniamy Barabasza, a Jezusa wysyłamy na śmierć – zapala się Sarubbi. – Gdy dwa miesiące temu w Nigerii zabito dwóch misjonarzy, Benedykt XVI powiedział: „Także dzisiaj, po dwóch tysiącach lat, chrześcijanie pozwolili na to, aby zabito Jezusa”. Pamiętam świetnie mocną scenę, która niestety nie weszła do filmu. Tłum krzyczy: „Barabasza! Uwolnij Barabasza!”. I Barabasz schodzi pomiędzy ludzi. Szczęśliwy, wolny, krzyczy z radości. I nagle ten tłum się rozstępuje, a ludzie cofają się w przerażeniu. Tak jakby nagle się ocknęli, obudzili. I chcieli krzyknąć: „Boże, co myśmy zrobili?”. A potem rzucają się na Barabasza z pięściami… – Gdy zszedłem z planu filmowego – kontynuuje Sarubbi – byłem Barabaszem. Zagniewanym, głupim, krzyczącym. Bardzo dalekim od tego, kim teraz jestem. Jezus uspokoił moje serce. Całe życie włóczyłem się po świecie: trzy lata w Indiach, rok w Tybecie. Byłem globtroterem – wysokie góry, piesze wędrówki po pustyniach… Nosiło mnie, byłem niespokojnym duchem. Dopiero w Jezusie znalazłem odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Po powrocie przez jakiś czas nie mogłem obciąć włosów (broda była sztuczna), bo a nuż trzeba będzie dokręcić jeszcze jeden kawałek? Wróciłem do domu, a mój mały synek (mam pięcioro dzieci) patrzył na mnie i płakał. Był przerażony! – Życiowe meandry uczyniły mnie cynicznym i rozczarowanym. A dziś? Jestem bardzo szczęśliwy. Jestem w Kościele, zawarłem sakramentalny związek małżeński, ochrzciłem swoje dzieci, mogę codziennie przystępować do Komunii św. Tylko Pan Bóg mógł sprawić, że stary człowiek rodzi się na nowo! – dzieli się aktor. – Spojrzenie Jezusa rezonowało we mnie. „A może zdecydujemy się wreszcie na ślub kościelny?” – zacząłem myśleć. „Nie… – miałem wątpliwości – Maria na pewno nie będzie chciała żadnego ślubu. Jesteśmy razem od piętnastu lat i nigdy mnie o to nie prosiła. Sam byłem przeciwny małżeństwu”. A jednak… Do końca życia zapamiętam dzień naszego ślubu. Przechodzę dookoła ołtarza i widzę moje dzieciaki ustawione rzędem w swoich pięknych strojach. I nagle wybucham płaczem, a jest to tak zaraźliwe, że po chwili płacze już połowa gości. Gdyby ktoś wszedł w tym momencie do kościoła, mógłby pomyśleć, że uczestniczy w jakimś dziwnym pogrzebie.

Ryczeliśmy jak bobry

Pierwsza projekcja „Pasji”? Pietro Sarubbi: – Kończą się napisy, sala rozjaśnia się, ale nikt nie wstaje, panuje milczenie. Po chwili niektórzy odbierają płaszcze i w ciszy, jakby wychodząc ze szczególnie poruszającego nabożeństwa, kierują się do wyjścia. Wzruszenie paraliżuje mnie, unikam wzroku wielu osób, szukając jedynie oczu moich przyjaciół, towarzyszy tej przygody. Odnajdujemy się i zatrzymujemy w trzy-, czteroosobowych grupkach. Spotykam Lucę Lionello, rewelacyjnego odtwórcę Judasza, oraz Giovanniego Capalbo, aktora z Lucany, grającego ocalonego Longina. Spoglądamy sobie w oczy. Nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć. Ściskamy się mocno, jak bracia, którzy odnaleźli się po jakiejś tragedii, jeszcze pełni lęku o bezpieczeństwo pozostałych. Przyciskam ich mocno do siebie i zaczynam płakać, wyzwalającym płaczem ulgi… – Świat obiegły newsy, że Mel Gibson po nakręceniu filmu posypał się, wpadł po uszy w grzech. Czy się tym gorszę? Absolutnie nie! – mówi Sarubbi. – Trzeba znać Gibsona. Gdybym ja wpadł w narkotyki i alkohol, pobiegłbym z tym do przyjaciół. Mel nie ma przyjaciół. Opowiadał mi: „Był czas, gdy co druga osoba chciała być moim przyjacielem, co druga kobieta kochanką, wszyscy chcieli mnie czymś obdarować. Zagubiłem się. Miałem wszystko i… nie miałem żadnych pragnień! Nie tęskniłem już kompletnie za niczym. Żyłem w klatce ze złota. Wiedziałem, że ludzi nie interesowała moja osoba, ale sława i pieniądze” – opowiadał rozżalony. Wpadł w grzech, głęboką depresję. I – jak sam wspominał – pomysł na „Pasję” zaczął kiełkować w jego głowie właśnie w tym koszmarnym czasie. To był film zrobiony przez Ducha Świętego. Nie mam wątpliwości. Bóg posłużył się, jak zwykle, nami – słabeuszami, grzesznikami. Byliśmy tylko narzędziami. On zawsze wybiera grzeszników! Przy drzwiach do baptysterium w katedrze w Modenie stoją dwa posągi: Judasza i św. Piotra. Dwóch wielkich grzeszników. Piotr jest grzesznikiem: trzy razy zaparł się Jezusa. Czy Jezus go odrzucił? Nie! Przyjął i przytulił! Zbudował na nim Kościół. „Pasja” była dziełem Ducha. Iluż ludzi wróciło po tym filmie do Boga! Ktoś widocznie bardzo się na to wściekł. I zaatakował tego, kto stał na pierwszej linii frontu – reżysera. Muszę koniecznie zdradzać jego imię? Każdy, kto zna ciężar walki duchowej, wie, o kim mówię…

Byłem straszny

– Dziś – ciągnie opowieść aktor – jeżdżę po szkołach i opowiadam młodym o największej miłości mego życia. Mówię, że sam byłem chuliganem, że wychowała mnie ulica. Byłem straszny. Uciekałem z domu, doprowadzałem matkę do łez, trafiałem do ośrodków dla trudnej młodzieży. I wówczas bardzo pomogli mi salezjanie. Tylko oni wyciągnęli do mnie rękę. Opowiadam młodym ludziom o miłości Boga, o tym, że Jezus żyje. Mówię: „On was kocha, nie zmarnujcie tyle czasu, co ja!”. Nie opowiadam tego jako kaznodzieja, ale były rzezimieszek, bandzior, alkoholik. Zbieram – jak zapowiedział Jezus – stokrotny plon. Ale jeśli to zboże zatrzymam jedynie dla siebie, ono zgnije. Muszę je rozdać! Każdego dnia wychodzimy na wolność. Za cenę Skazańca, który zajmuje nasze miejsce. On kończy na krzyżu, my wracamy do spokojnego życia. Każdy z nas jest Barabaszem. W nim skupia się cała zbawiona ludzkość. Czytam tę ewangeliczną scenę i widzę, że to jest tak, jakby Jezus umarł jedynie po to, by go ocalić. Jeśli Zmartwychwstały tak mnie pokochał, to naprawdę może pokochać każdego! To jest moja opowieść.

Marcin Jakimowicz

za: http://gosc.pl/doc/1499164.Jak-On-patrzyl

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress